środa, 31 października 2012

13 stycznia 2013 Finał WOSP we Wloszech

SKONTAKTUJ SIĘ Z NAMI ...RAZEM MOŻEMY ZORGANIZOWAĆ IMPREZE W TWOJEJ SPOŁECZNOŚCI POLONIJNEJ....ZOSTAŃ WOLONTARIUSZEM WOŚP WE WŁOSZECH.....

CZEKAMY NA CIEBIE





wtorek, 23 października 2012

Wywiad z Ewą

Zapraszam na rozmowę z Ewą, podróżniczką i bloggerką


Padwa
Ewo, powiedz skąd się wzięła twoja pasja podróżowania po Włoszech?
We Włoszech nigdy dłużej nie mieszkałam, ale chęć poznania tej niezwykle ciekawej krainy była wielka.
Zainteresowała mnie bardzo kultura starożytna, wszystko to co działo się wokół basenu Morza Śródziemnego. O ile bardziej zaawansowana byłaby nasza nauka gdybyśmy nie utracili owoców starożytnej wiedzy, a ile z nich wciąż czeka w ukryciu, a ile straciliśmy bezpowrotnie? Gdyby nie pożary, walka  o władzę..., odziedziczylibyśmy oszałamiające bogactwo dorobku wielkich myślicieli...

Włochy wciąż  mnie zachwycają, wciąż przenikają mnie dreszcze na myśl o wyprawach w nieznane miejsca, albo na wspomnienie tego co już widziałam, czego dotknęłam...

Gdybyś miała określić w kilku słowach swoją osobowość...

Sycylia - Agrigento
Jestem osobą o dużej wrażliwości, nie lubię trwonić czasu na rzeczy nieistotne, nie wnoszące niczego nowego w moje życie, lubię chłonąć świat wszystkimi moimi zmysłami, całą sobą, nie zależnie od tego czy pada deszcz czy świeci słońce
Sycylia - Villa Romana del Casale
Mam za sobą pięćdziesiąt dziewięć lat życia i ciągle czuję jakbym przeżyła ich zaledwie połowę. Moja energia i chęć odkrywania świata trzyma mnie mocno na nogach, nie dopuszczam myśli o chorobach i nie rozczulam się nad słabościami mojego organizmu. Ćwiczę ciało, utrzymując je w niezłej kondycji. W tym roku zajęcia z aerobiku zamieniłam na zumbę, tańczę salsę, pływam, jeżdżę rowerem i mam nadzieję, że zimą pojadę w góry na narty… Kocham kino, teatr, operę, operetkę…, a nade wszystko podziwiam geniusz ludzki, wszystkich tych, którzy dzielą się swoimi talentami ze zwykłymi śmiertelnikami.


Sycylia - Segesta
Wygląda na to, że lubisz życie bardzo aktywne, bogate duchowo i pełne wrażeń...
Moje życie mogę podzielić na kilka etapów.
Normalne, aczkolwiek szczęśliwe dzieciństwo i wiek dojrzewania spędziłam w niezwykle malowniczym miasteczku ukrytym w wiekowej puszczy na Podlasiu, w północno wschodnim regionie Polski. Spokojna egzystencja z dala od wielkich aglomeracji dała początek mojej pasji podróżniczej, chociaż do wielkich podróżników się nie zaliczam.
Sycylia - Castelmola
Smak szaleńczej miłości poznałam, kiedy rozpoczynałam dwudziesty pierwszy rok mojego życia. Nie umiałam czekać i już po dziewięciu miesiącach szalonej namiętności i zauroczenia ślubowałam dozgonną miłość mojemu mężczyźnie.

Sycylia - Wyspa Vulcano
Niedostatek, brak możliwości dorobienia się własnego kąta i perspektywa długiego oczekiwania na mieszkanie spółdzielcze, a także moja krótka działalność w Solidarności zmusiły mnie i mojego męża do emigracji na Zachód. Znaleźliśmy schronienie we Francji i przez cztery lata ciężko budowaliśmy naszą przyszłość. Mieszkaliśmy w Paryżu, w ciasnym pokoiku na poddaszu luksusowej kamienicy tuż obok Parku Monceau. Park był naszą oazą, tam popołudniami ganialiśmy na wrotkach takich, jakich się już nie produkuję, przypinanych skórzanymi paskami do zwykłego obuwia, tam też graliśmy w badmintona i marzyliśmy o dziecku.
Livigno
Kiedy przyjechaliśmy do Polski Urząd Bezpieczeństwa zabrał nam paszporty z wizami powrotnymi, mimo iż byliśmy rezydentami francuskimi, i wszystkie pozostałe dokumenty mojemu mężowi.
Kupiliśmy wymarzone M3 w Białymstoku, ale to nie było nasze miejsce. Sprzedaliśmy je i kupiliśmy starą chałupę w Supraślu… Adoptowaliśmy dziecko, półtoramiesięcznego chłopczyka…
W wieku pięćdziesięciu pięciu lat odeszłam na wcześniejszą emeryturę. Mój syn skończy za kilkanaście dni dwadzieścia lat, mój mąż swój wolny czas poświęca swoim pasjom, a ja?

Sycylia - Monreale
Kiedyś byłam przekonana, że na emeryturze będę pędzić spokojne życie w uwitym przez siebie przytulnym, ciepłym gniazdku. Dzisiaj wiem, że takie życie mnie nie interesuje, a dom chciałabym traktować jako bezpieczny azyl w przerwach między kolejnymi podróżami.
Najchętniej przywdziałabym strój wędrowca i wyruszyła w świat. Jakaś niewidzialna siła pcha mnie wciąż do przodu. Czego szukam? Ku czemu wychodzę naprzeciw? Wychodzę Naprzeciw SZCZEŚCIU…


Bolonia
Tak właśnie nazywa się twój podróżniczy blog „Naprzeciw szczęściu” (http://ewa-naprzeciwszczciu.blogspot.it/) ...
Jak to się stało, że 21 lipca ubiegłego roku opublikowałam mój pierwszy wpis na blogu?
Otóż miałam nieodpartą chęć opowiedzieć komuś moją historię, podzielić się moimi małymi radościami, moimi wrażeniami z kolejnych podróży… Zaczęłam pisać maile do moich przyjaciół i znajomych, ale ci nie odpowiadali. Czułam się zraniona, nie rozumiałam dlaczego nie odzywają się do mnie, dlaczego nie dziękują mi za życzenia urodzinowe, imieninowe, czy też inne jubileuszowe, a pisałam dla nich wiersze, wymyślałam nawet bajki na specjalne okazje, dziękowałam za wspólnie spędzone miłe chwile… i nic, cisza. Zwątpiłam w przyjaźń i nie mogłam uwierzyć w to, że ci, na których tak bardzo mi zależało nie mają dla mnie czasu…

Wenecja
Któregoś dnia w komentarzach pod moimi zdjęciami w Picasie znalazłam kilka ciepłych słów od nieznajomej. Jak się okazało pisała własnego bloga. Nawiązałyśmy stały kontakt. Nasza internetowa znajomość kwitnie już prawie dwa lata. To właśnie owa nieznajoma sprawiła, że zaczęłam i ja pisać w Naprzeciw SZCĘŚCIU. Dziękuję jej za czas poświęcony nie tylko na czytanie mojej blogowej twórczości, ale także za komentarze i maile…

Mediolan
Na blogu można znaleźć wiele interesujących zdjęć i opowieści o podróżach po Włoszech. Czy pamiętasz swoją pierwszą podróż do słonecznej Italii?
Włochy pokochałam płomienną miłością od pierwszego wejrzenia. Latem 2007 roku postanowiłam pojechać do Rzymu celem nawiedzenia grobu papieża Polaka, Jana Pawła II. Nie miałam swoich własnych intencji tak jak wszyscy pozostali pielgrzymi, ale wiozłam za to intencje moich przyjaciół i moją wdzięczność Bogu za to, że nie szczędził mi szczęśliwych chwil w życiu.
Jakże się cieszyłam na myśl, że największy skarbiec Europy przez kilka dni będzie należał do mnie. I nie wiem jak to się stało, że to jednak nie stolica Włoch oczarowała mnie najbardziej. Najbardziej urzekła mnie nietknięta hałaśliwą cywilizacją Pietrelcina, niewielkie miasteczko, w którym urodził się Ojciec Pio.

Sycylia - Syracusy, Ortigia
Czy był jakiś szczególny moment, w którym zdałaś sobie sprawę, że właśnie to miejsce zapadło ci głęboko w serce? 
Ech…, niezapomniane wrażenia… Przechadzałam się ciasnymi uliczkami najstarszej dzielnicy Rione Castello, której początki sięgają czasów przedchrześcijańskich, między ścianami kamiennych domów, pokonywałam kolejne kamienne schodki między różnymi poziomami uliczek, mając wrażenie, że przechodzę z pokoju do pokoju, gdzie w otwartych drzwiach każdego z nich stoi życzliwa uśmiechnięta osoba i zaprasza do kolejnych pomieszczeń.
Sycylia - Mazala del Valle
Jako, że pamiętnego popołudnia panował wielki upał, cała grupa w porze sjesty rozpierzchła się w poszukiwaniu cienia. W bardzo miłym towarzystwie zniknęłam i ja. Skręciliśmy w pierwszą dróżkę na końcu której, zza murowanego ogrodzenia widać było sporych rozmiarów budynek. Szeroko otwarta brama zapraszała do środka. Przy stołach pod rozłożystymi drzewami siedzieli miejscowi i biernie uczestniczyli w sjeście. Zamówiliśmy tylko butelkę mocno schłodzonego białego wina i dzban zimnej wody, ale oprócz napoi chłodzących kelner postawił przed nami talerze z daniami obiadowymi. Na nic zadał się język angielski mojego towarzysza, przydała się natomiast moja znajomość francuskiego, ale nie w bezpośredniej rozmowie z kelnerem, tylko poprzez miejscowego Włocha, który na pierwszy rzut oka na poliglotę mi nie wyglądał. 


Sycylia - Castelmola
Kiedy wreszcie kelner zrozumiał o co chodzi, zabrał nam talerze spod nosa i po chwili w ramach przeprosin przyniósł przepyszne crostini, które pochłonęliśmy natychmiast. Mimo upału i lekkiego szumu w głowie, jeszcze dzisiaj mogę określić smak, zapach i temperaturę wina, pamiętam szron na wysokiej wąskiej butelce i kropelki rosy, które wolniutko spływały na biały obrus zostawiając nań mokrą plamę…
Sycylia - Etna
I od tej pory powracałaś do Włoch coraz częściej...
Już wtedy wiedziałam, że Włochy to nie chwilowe zauroczenie, już wtedy wiedziałam, że poznam je bliżej i nie tylko część kontynentalną, ale także wyspy należące do Włoch. Sycylia, Wyspy Liparyjskie, ileż niezapomnianych wrażeń, ileż przygód, kratery Etny, krater Vulcano…  


Sycylia - Etna
Na samo wspomnienie twarz rozciąga mi się w szerokim uśmiechu… Byłam w Dolinie Świątyń w Agrigento, w Dolinie rzeki Alcantary, podziwiałam starożytne miasto Elymów Segestę, zabytki Monreale, Palermo, Katanii, Syrakuz, Ortigii, Noto, Erice, Mazara del Vallo, zachwycałam się luksusową willą letniskową z okresu późnego Cesarstwa rzymskiego w Villa Romana del Casale, urzekła mnie Taormina i Castelmola…

Genua
Pamiętam jak bardzo chciałam zobaczyć mediolańską katedrę, a jak katedrę, to przy okazji inne zabytki,  a jak inne zabytki Mediolanu, to czemu jeszcze nie te, w innych miastach Północnych Włoszech... takich jak Werona, którą znałam już z poprzedniej mojej wyprawy, Padwa, Ferrara, Genua, Bolonia, Wenecja, Acqui Terme, Sirmione, Garda, Villa d’Alme, winnice w Tre Colline…


Ferrara
Ale Włochy to nie tylko moja letnia przygoda. Włochy to także góry zimą. A jak góry to i narty w Livigno, położone  w malowniczej dolinie rzeki Spöl na wysokości 1816 m n.p.m, należące do jednej z dwunastu prowincji Lombardii, Sondrio, dokąd prowadzą tylko dwie drogi, z których jedna przez prawie dziewięć miesięcy w roku jest niedostępna, druga natomiast wiedzie przez tunel Munt La Schera z wjazdem od strony Szwajcarii. Tunel ten wykuty w skale w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, czyli nie tak dawno, bo jakieś pięćdziesiąt lat temu, a otwarty w 1964 rozpoczął dynamiczny rozwój miasteczka jako ośrodka narciarskiego i centrum sportów zimowych, które przyciąga nie tylko narciarzy, ale także amatorów tanich zakupów.
Livigno
Najbardziej lubiłam stację narciarską Mottolino i jedną z jej tras o długości około 2,5 km. Jazdę rozpoczynaliśmy po śniadaniu między godziną 9:00 a 10:00. O tej porze mróz sięgał czasami minus 22 stopni Celsjusza, ale słońce łagodziło przenikliwe zimno. Można było także ogrzać się w kolibie i wypić gorące Bombardino z kremową pianką na wierzchu. Ostatniego dnia pobytu padał śnieg i ograniczał widoczność. Jeździliśmy po wschodniej stronie Livigno, z najwyższym prawie 2800m szczytem.


Livigno
Na stacji Tagliede – Costaccia wsiedliśmy do kapsuły nowoczesnej kolejki gondolowej i wjechaliśmy na górę, gdzie znajdowały się inne wyciągi krzesełkowe. Niektórzy nasi znajomi dołączyli do nas górą od strony Carosello. Ze szczytu, przy chwilowych przebłyskach słońca i pogodnego na krótko nieba, roztaczał się przepiękny widok na Lago del Gallo, jeziora ciągnącego się 9 km, powstałego w wyniku budowy zapory wysokiej na 130 m i koroną długości 540 m.


Livigno
A gdzie planujesz twoją następną podróż?
Moje wyjazdy są spontaniczne, nie planuję podróży, ale o nich marzę nieustannie. Moją niewielką walizkę podróżną pakuję w kilkanaście minut…


Marzy mi się Tour Europejski moim własnym samochodem, ale z braku środków finansowych i drugiego zapalonego podróżnika, o takiej formie poznawania starego kontynentu muszę zapomnieć.
A we Włoszech jest tyle ciekawych zakątków i pod względem niepowtarzalności krajobrazów jak i niezwykle bogatej historii, że jest mi wszystko jedno, gdzie los rzuci mnie następnym razem. Wszędzie czuję się dobrze, wszystko mnie interesuje, jestem po prostu ciekawa świata… Póki co gromadzę środki.

Dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę niezapomnianych podróży po Włoszech...

Rozmawiała Agnieszka B. Gorzkowska

czwartek, 18 października 2012

Wywiad z Krzysztofem


Zapraszam na rozmowę z panem Krzysztofem z Trento:


Panie Krzysztofie, od jak dawna mieszka pan we Włoszech?
Po raz pierwszy do Włoch przyjechałem w 1995 roku. Oczywiście celem było dorobienie paru (jeszcze wtedy) lirów włoskich w trudnych realiach polskich. I tak minęło już 12 lat. Pierwsza sezonowa praca na terenie Włoch jaką podjąłem to zbiory jabłek, w moim przypadku to były przepiękne tereny Val di Non, a dokładnie Tassullo i okolice.
Kilka sezonów dalej i mamy rok 2001, kiedy to na stałe związałem się z Trentino i zamieszkałem w Trento wraz z moją rodziną, żoną i córkami.

Czy łatwo się było tu panu zaadaptować?
Oczywiście, jak wielu rodaków, otarłem się o mniejsze lub większe trudności w słonecznej Italii, np. wymagane swego czasu permesso di soggiorno o które trzeba się było sporo starać.  Po drodze były inne doświadczenia i nowe kwalifikacje, takie jak: edilizia, czyli praca w budownictwie, przy sygnalizacji ulicznej,  i inne..  
Ukończyłem również kilku-miesięczny kurs na ratownika medycznego na region Trentino w Croce Bianca di Trento (CBTN), i już teraz po trzech latach od uzyskania certyfikatu, odbyłem około 1000 godzin jako wolontariusz w ambulansach włoskiego CBTN. To duże doświadczenie, a zarazem odpowiedzialność ratowania ludzkiego życia i niesienia pomocy potrzebujacym dało mi nowe spojżenie na świat i docenienie tego co się ma.

A jak to się zaczęło, że zaczął pan działać na rzecz tutejszej Polonii?
Od okolo 4 lat zacząłem działać aktywnie w Związku Polakòw w Trentino, wraz z Panią Edytą N., zresztą dobrą koleżnaką z mojego miasta z Polski, dokładnie z Lubartowa k/ Lublina,  z którą spotkaliśmy się przypadkowo po latach, właśnie w Trento, i innymi  zmotywowanymi przyjaciółmi  chcącymi utrzymywać polskie tradycje na włoskiej ziemi.


Od trzech lat pełnię także funkcję zastępcy Prezesa Związku Polakòw w Trentino. Zwiazek został założony 25 stycznaia 1998 roku, jego celem jest promocja Polskiej kultury i współpraca polsko - włoska. Związek organizuje wiele spotkań kulturalnych i rozrywkowych. Miedzy innymi koncerty pianistyczne i wystawy polskich artystów, a także imprezy rozrywkowe jak Karnawał, Andrzejki, Sylwester, Dzień dziecka, i wiele innych. Oczywiście nie mogło by się obejść bez corocznej Wigili Polskiej odbywającej sie w Trento.



I tam rozwinął pan też swoje pasje...

Muszę wspomnieć o folklorystycznym  Zespole Pieśni i Tańca "Jawor" - tradycyjne tańce ludowe z wielu regionòw Polski: krakowiak, kujawiak, narodowy polonez (w orginalnych strojach ludowych). Osobiście sam tańczę, a od kilku już lat mamy w zespole także jednego Wlocha ;) Stefano, to niesamowite jak doskonale nauczył się naszych, wcale niełatwych tańcòw folklorystycznych.


Zespół corocznie uczestniczy w wielu imprezach organizowanych przez Comune i Cinformi (Centro  informativo per l'immigrazione) di Trento, np. Festa dei Popoli, Sulle Rotte Del Mondo, i innych. Tańczylismy już w wielu miastach i wioskach Trentino: Trento, Bolzano, Riva del Garda, Val di Non, Predazzo, Rovereto, itd. Zespół zawsze jest przyjmowany gorąco i z zaciekawieniem. 


Polacy i ciekawi  naszych polskich tradycji Włosi, zawsze bardzo chętnie po raz kolejny przychodzą na występy naszej grupy tanecznej. Zespół prowadzi nasza wspaniała koleżanka i zarazem pani Prezes Zwiazku PL w Trento,  Edyta N. 
Więc, wiele się wydażyło przez okres, od kiedy związałem sie z Italią...  

A czym aktualnie pan się zajmuje zawodowo?
Obecnie  w czasach kryzysu i ciężkiej sytuacji na rynku pracy, również we Włoszech, szukałem dodatkowego zajęcia pracy i możliwości rozwoju. Podjąłem wspólpracę  z Polską firmą Fm Group posiadającą oddział na terenie Włoch w Arese (Milano). Firma powstała w 2004 roku we Wrocławiu, założona przez Artura Trawińskiego, i po niespełna roku zaczęła wychodzić poza rynek i granice Polski. 


Obecnie firma posiada swoje oddziały w ponad 60 krajach Euopy i swiata.     Fm Group   współpracująca z firmami takimi jak Drom, niemiecka firma produkujaca kompozycje zapachowe specjalnie dla Fm group i innych gigantów perfumeryjnych,  oraz producentami make up, i  firma Henkel produkująca specjalnie dla Fm produkt for home z wielkim powodzeniem na rynkach światowych, i oczywiście przy współpracy wciąż nowych partnerów Fm, takich jak ja i wielu innych, z ogromnym sukcesem wprowadza doskonałe produkty na rynki świata, w tym Włoch.

Fm Group Italia, po podpisaniu kontraktu z chętnymi, daje możliwość zakupu po cenach hurtowych  dla partnerów Fm i od sprzedaży po cenach katologowych dla klienta z marżą. Ale to nie koniec mozliwosci!! Firma wypłaca także miesięczne premie. Chciałbym podkreślić znakomitą jakość produktów Fm Group i bardzo atrakcyjne ceny w poròwnaniu z cenami rynkowymi, co jest dodatkowym atutem, aby kupić taniej dla siebie, rodziny i dodatkowo zarobić. 
Bardzo szybko rozwijająca się polska grupa Fm Group na terenie Włoch potwierdza tylko jak dobre są to produkty i że współpraca z Fm to nie tylko dodatkowe dochody i poznanie wspaniałych nowych ludzi, ale i możliwość kariery.



Zachęcam wszystkich czytelnikòw strony Polacy we Włoszech do kontaktu ze mną i dowiedzenia się wiecej na temat możliwości podjęcia współpracy i dodatkowych zarobków. Zapraszam wszystkich, firma daje możliwość podpisania umowy osobom pracujacym, bezrobotnym i tym nawet na emeryturze. Nie ma granic wiekowych czy narodowościowych, wspòlpracę można podjąć miedzynarodowo i przy rejestracji on line, co dodatkowo ułatwia podpisanie kontraktu. Wszystkich chcących podjąć wspólpracę, i tych którzy chcą dowiedzieć się więcej o firmie i możliwościach zapraszam do kontaktowania sie ze mną  pod num tel 348 1791827 Krzysztof, zapraszam także na stronę Facebook na profil:    

Kończąc dziękuję wszystkim czytelnikom strony Polacy we Włoszech, a także, i przede wszystkim, pani Agnieszce B. Gorzkowskiej.  Serdecznie pozdrawiam i życzę samych sukcesòw  w życiu osobistym, zawodowym i przyszłej współpracy ze mną i Fm Group Italia.  Krzysztof.C (Trento)

Ja również dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę nieustających sukcesów zawodowych i osobistych.

Rozmawiała Agnieszka B. Gorzkowska 

poniedziałek, 15 października 2012

Wywiad z Agata

Dzisiaj przedstawiamy wywiad z Agata: bardzo uzdolniona, mloda graficzka. Bywa czesto we Wloszech i zechciala opowiedziec nam o swoich wrazeniach z pobytow w tym kraju.

Polacy we Wloszech: Twoja przygoda z Wlochami zaczela sie juz dawno temu. Czy mozesz nam o tym opowiedziec.

Agata Kowalska: Oczywiście, Włochy to pierwszy kraj poza granicami Polski, jaki odwiedziłam. Właśnie dla tego mam w związku z nim szczególne wspomnienia. Wszystko tam było dla mnie nowe, piękne, szczególne - zbierałam każdy bilet, ulotkę, patrzyłam na wszystko zachwycona. Było to pod koniec gimnazjum, wygrałam pierwsze miejsce w konkursie plastycznym, nagrodą była wycieczka do Wenecji i Rzymu. Długie godziny w autobusie nie przeszkadzały mi zupełnie, obserwowałam po drodze krajobraz najpierw górzysty, potem pagórkowaty z liniami pięknych cyprysów. Do dziś mam jeszcze olbrzymią szyszkę... chyba pinii.


Polacy we Wloszech: Jak wspominasz swoj pierwszy wyjazd do Wloch?

Agata Kowalska: Była to niezwykle inspirująca przygoda. Od zawsze interesowałam się historią sztuki, więc zobaczenie na własne oczy ogromu tej cudownej architektury zrobiło na mnie niezwykłe wrażenie. Byłam zdumiona jak jedno miejsce może pomieścić tyle piękna!
Również ludzie wydali mi się niesamowici - radośni, roześmiani, zabawni i przyjaźni. Nie wspominając już o słońcu, które nie dość, że dodaje energii to jeszcze wydobywa ze wszystkiego przepiękne kolory. No i oczywiście zapach pizzy prosto z pieca, smak soczystych pomarańczy i niebiańskie lody!


Polacy we Wloszech: Tak jak w przypadku wielu osob zachwycilas sie tym krajem. Co najbardziej Cie urzeklo?

Agata Kowalska: Kraj ten jest istotnie przepiękny. Będąc już kilka razy w różnych miejscach zdumiewa mnie to jaki jest różnorodny, a zarazem jak bardzo 'włoski'. Podoba mi się to, że każdy region ma swoją tożsamość i własne specjały. Uwiebiam szczerych i pogodnych Włochów - mam szczęście mieć kilku włoskich przyjaciół. Piękne jest to z jaką miłościa mówią o swoim kraju. Kocham włoską kuchnię, wino, lody, ahh i kawę!



Polacy we Wloszech: A no wlasnie: kawa. Wiem, ze ja uwielbiasz. Rowniez i ona jest dla Ciebie inspiracja.

Agata Kowalska: Tak! Zrobiłam nawet małą ilustrowaną planszę z rodzajami włoskiej kawy. Zakochałam się w kawie przez moich włoskich przyjaciół. Oni nauczyli mnie różnych sposobów przyżądzania, przekonali mnie do maciupeńkiego esspresso, również od nich wiem, że cappuccino po dwunastej piją tylko turyści.



Polacy we Wloszech: Jestes bardzo wszechstronnym grafikiem. Czy podroze do Wloch przyniosly Ci inspiracje?

Agata Kowalska: Myślę, że generalnie podróże są dla mnie wielką inspiracją. Te do Włoch szczególnie, ponieważ jest to kraj obfitujący w kolory, również taki, który daje niesamowitą dawkę energii twórczej. Będąc tam obcuje się ze sztuką - wszystko do okoła jest niesamowicie inspirujące.


Polacy we Wloszech: Chcialabys zamieszkac na stale we Wloszech?

Agata Kowalska: Cóż, nie mam na razie konkretnych planów, ale myślę, że zdecydowanie jest to kraj w którym mogłabym zamieszkać. Na pewno chciałabym uciec jak najdalej od polskiej zimy.




Polacy we Wloszech: Gdzie mozemy obejrzec Twoje prace?

Agata Kowalska: Prowadzę bloga:

Zapraszam serdecznie i zachęcam do komentowania!


Polacy we Wloszech: Serdecznie dziekuje za wywiad.

Wszystkie zdjecia pochodza z archiwum Agaty. Serdecznie dziekujemy za ich udostepnienie.
Rozmawiala Aleksandra Seghi

środa, 10 października 2012

Wywiad z Malgorzata

Serdecznie zapraszam do przeczytania wywiadu z Małgorzatą Chomicz, która zajmuje się grafiką, fotografią i rysunkiem. Jest profesorem w Instytucie Sztuk Pięknych Uniwersytetu Warmińsko–Mazurskiego w Olsztynie. Członek honorowy Stowarzyszenia Grafików "Stamperia del Tevere" w Rzymie oraz należy do Stowarzyszenia "Areszt Sztuki". Brała udział w ponad 80 wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. Jest autorką 32 wystaw indywidualnych.

Z cyklu Pejzaż z cyprysem, wklęsłodruk i rysunek ołówkiem, 2008, 70x50

Polacy we Wloszech: Od jak dawna mieszkasz we Wloszech?

Malgorzata Chomicz: Moja włoska przygoda rozpoczęła się w roku jubileuszowym 2000. Otrzymałam wówczas Stypendium Fundacji Jana Pawła II na pobyt w Rzymie. Mieszkałam w Domu Polskim na via Cassia i codziennie od rana do wieczora penetrowałam zakątki Wiecznego Miasta. W 2001 i 2002 roku ponownie wracałam do Włoch. Powodem była kolejne stypendia. W 2001 roku pobytowi na stypendium towarzyszyła moja wystawa indywidualna w Instytucie Kultury Polskiej w Rzymie.Te pobyty, obcowanie na codzień z tradycją sztuki europejskiej zmieniły i moją sztukę. Odnalazłam nowe inspiracje i to właśnie z tych inspiracji powstał później cykl moim grafik do habilitacji. Stypendialne pobyty się skończyły, a ja tęskniłam za Włochami. Fundowałam więc sobie wakacje we Włoszech. Poznałam mojego męża Stefano, który od pierwszej chwili poznania na wszelkie sposoby próbował mi udowodnić iż jestem kobietą jego życia. Podchodziłam do tego niezwykle ostrożnie i z rezerwą, ale z drugiej strony imponowała mi taka determinacja. To był mężczyzna dla mnie, który wie czego chce i robi wszystko, by to osiągnąć. Po dość krótkim czasie znajomości mój mąż zapytał, czy wyjdę za niego. Szczerze mówiąc byłam w pierwszej chwili przerażona i stwierdziłam, że to jakiś wariat, ale widać i ja mam dużo szaleństwa i odwagi, bo odpowiedziałam twierdząco. Z perspektywy pięcioletniego stażu małżeńskiego zawsze twierdzę, że ja sobie na tak dobrego męża niczym nie zasłużyłam. Moja przyjaciółka napisała o moim mężu parafrazując słowa Ani z zielonego wzgórza, że należy do osób, które widziały Abrahama. Tak to za głosem serca znalazłam się w zielonej, spokojnej Umbrii.


Małgorzata przed swoim włoskim domem

Polacy we Wloszech: No wlasnie, czy mozesz nam opowiedziec o Twojej Umbrii?

Malgorzata Chomicz: Początkowo mieszkaliśmy w Perugii, ale moim pragnieniem był dom wśród wzgórz, łąk i pól. Podczas weekedowych wycieczek zaczeliśmy szukać w okolicy naszego miejsca. Kiedy zobaczyliśmy małą miejscowość na wzgórzu z panoramą na Asyż, Perugię, pola, łąki, winniczki i nowe domki na zboczu, wiedzieliśmy już, że to jest nasze miejsce.

Asyz

Tak też sie stało. Zamieszkaliśmy między Asyżem, a Perugią. Jest nam tu dobrze. Nazywam nasz dom moim azylem, bo daje mi poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji i spokoju. W moich poszukiwaniach harmonii w życiu to miejsce tę moją tęsknotę wypełniło.

Włoskie przysłowie mówi : "Gdzie pada tęcza, tam jest dzban ze złotem." Widok na miejscowość, w której mieszka Małgorzata

Polacy we Wloszech: Umbria to pluca Wloch. Czy zgadzasz sie z tym stwierdzeniem? Osobiscie zachwycila mnie niesamowita zielenia.

Malgorzata Chomicz: Umbria skrojona jest na miarę człowieka. To mały region, zielony i spokojny. Małe, średniowieczne, kamienne miasteczka przycupnięte na stronych zboczach skał. Czas tutaj biegnie innym rytmem. Świętych też Umbria wydała pod dostatkiem. Jest oczywiście św. Franciszek i św. Klara z Asyżu. Moja ukochana św. Rita z Cascia, św. Benedykt i św. Scholastyka z Nursji i św. Walenty z Terni. Taki skrawek ziemi Etrusków i świętych.

Park Narodowy Monti Sibillini, Piana di Castelluccio, Umbria

Polacy we Wloszech: Od poczatku udaje Ci sie wspolpracowac zarowno z Polska jak i Wlochami.

Malgorzata Chomicz: Kiedy poznałam mojego męża przygotowywałam się do habilitacji na ASP w Krakowie. Od 1992 roku związana byłam z olsztyńską uczelnią. Postanowiłam pogodzić życie we Włoszech z pracą w Polsce na uczelni. Tak też się stało. Uważałam również, że z tego mojego wyboru mogą płynąć korzyści również dla mojej uczelni. Kontakty z Akademią Sztuk Pięknych w Perugii oraz z Provincia di Perugia zaowocowały wieloma wspólnymi projektami. W sumie miałam dużo szcześcia, bo właśnie Perugia jest miastem partnerskim z Olsztynem. Na początku bardzo to było pomocne, by zaznaczyć swoją obecność i chęć współpracy. Spotkałam oczywiście życzliwych mi ludzi, którzy widzieli we mnie potencjał do inicjatyw. Pierwszym dużym przedsięwzięciem była wystawa moich kolegów/pracowników Instytutu Sztuk Pięknych UWM w Centrum Wystawienniczym Rocca Paolina w Perugii. Wystawie tej towarzyszył wyjazd pracowników do Włoch. Było to dla mnie ogromne wyzwanie i stres. Po wyjeździe kolegów odsypiałam projekt 24 godziny. Po tym projekcie pojawiły się pod moim adresem kolejne propozycje współpracy. Dla Włochów to bardzo wygodne, że nie dość, że mówię w ich języku, to jeszcze jestem na miejscu. Ułatwia im to wiele spraw organizacyjnych. Myślę, że Włosi bardziej dostrzegli ten mój potencjał niż strona polska. Moje wysiłki dostrzegł jednak Prezydent Miasta Olsztyn i w 2009 roku otrzymałam Nagrodę Prezydenta Miasta w dziedzinie kultury oraz za potrzymywanie współpracy kulturalnej między Olsztynem, a Perugią. Miasto dostrzegło, uczelnia nie...


Z Elisabettą Diamanti podczas warsztatów dla olsztyńskich studentów
 
Obok pracy na rzecz olsztyńskiej uczelni i mojego miasta, a projektów było już bardzo dużo, zajmuję się rówież własną działalnością artystyczną. Pojawiły się kolejne wystawy indywidualne między innymi w Asyżu, Perugii, Rzymie, Trydencie oraz udział w konkursach graficznych. Między innymi udział w Międzynarodowym Konkursie X Biennale Internazionale per l'incisione Aqui Terme 2011.

Polacy we Wloszech: Ta wystawa przyniosla Ci rowniez nowe znajomosci.

Malgorzata Chomicz: Podczas tej wystawy poznałam bardzo ważną dla mnie osobę , włoską graficzkę Elisabette Diamanti. Jest to przyjaźń od pierwszego wejrzenia. Od pierwszego momentu rozumiemy się w pół słowa we wszystkim, w życiu i w sztuce. Nie sądziłam, że znajdę pokrewną mi duszę tutaj we Włoszech. Od tej pory weszłam w środowisko grafików rzymskich. Są to szaleńcy, którzy żyją pasją twórczą i jej podporządkowują wszystko.
Nie ukrywam, że wcześniej brakowało mi tutaj we Włoszech takiego środowiska, bo to mój świat.
 

Polacy we Wloszech: Twoje zycie jest pelne zajec. Mozna powiedziec, ze siedzisz ciagle na walizkach.

Malgorzata Chomicz:  Moje życie dzieli sie teraz na dwa światy, dwie rzeczywistości. Praca nauczyciela akademickiego na Wydziale Sztuki UWM w Olsztynie i domowe życie we Włoszech. Wydaje mi sie ciągle, że we Włoszech jestem na wakacjach. Ciągle z mężem gdzieś podróżujemy, bliżej, czy dalej. Ciekawi jesteśmy nowych miejsc, smaków, zapachów, kolorów. Dla mnie, dla artysty to raj na ziemi. Wszystko o czym się uczyłam mam w zasiegu dłoni.Sama wiesz Olu, że we Włoszech po prostu nie ma nieciekawych miejsc. W najmniejszech miejscowości znajdzie się zawsze albo fragment ciekawej architektury, albo jakiś średniowiezny fresk w małym kościółku.

Z rzymskimi grafikami Alessandro i Frankiem podczas wystawy w Rzymie

Polacy we Wloszech: Co wloskiego zabralabys/przenioslabys do Polski? Czy jest cos co brakuje Ci z Polski?

Malgorzata Chomicz:  Od Włochów do Polski przeniosłabym apetyt na życie. Dewizę na życie Horacego, która jest filozofią życia tutaj , czyli Carpe diem / chwytaj dzień. Podoba mi się bardzo dbałość Włochów jeśli chodzi o pielęgnowanie tradycji i ta ich duma nrodowa, że są spadkobiercami kulury europejskiej. Natomiast we Włoszech muszę pogodzić się z niepunktualnością Włochów, którą mają w genach i muszę stwierdzić, że niestety często są niesłowni. Myślę, że generalnie my Polacy jesteśmy bardziej uporządkowani i zdyscyplinowani. Na szczęście tych negatywnych cech włoskich nie odziedziczył mój mąż. Jest niezwykle punktualny i słowny, ale szaleństwa i fantazji mu nie brakuje.


Polacy we Wloszech: Twoja ulubiona wloska potrawa to...

Malgorzata Chomicz: Ogólnie uwielbiam kuchnię śródziemnomorską. Umbria to między innymi region trufli, które uwielbiam i mogłabym je jeść ze wszystkim. Bardzo lubię owoce morza i gdy chcemy zjeść świeże ryby jedziemy nad morze do jakieś tratorii. Przepadam za winogronami. Najlepsze wino według mojej subiektywnej opinii to oczywiście Sagrantino di Montefalco, a Sagrantino Passito di Montefalco, to prawdziwa ambrozja. Od kwietnia do października objeżdżamy z mężem wszystkie okoliczne festy.

Umbryjski makaron umbricelli z truflami

Polacy we Wloszech: Czy znasz Polakow, ktorzy mieszkaja we Wloszech?

Malgorzata Chomicz: Polaków we Włoszech znam niewielu. Przyjażnie zostały w Polsce, ale tak jak już wspomniałam znalazłam tutaj przyjaciółkę Włoszkę. Mam koleżanki Polki od Catanii po Trydent, a to dość daleko. To dzięki polskiej znajomości z Bożeną Czarasty , która jest współzałożycielką Stowarzyszenia Polaków w Trento i jej determinacji miałam w sierpniu wystawę w Trento. Warto o tych ludziach napisać, bo wykonują niezwykłą pracę na rzecz kultury polskiej na północy Włoch.

 Ze studentami w Olsztynie w trakcie zaliczeń

Polacy we Wloszech: Opowiedz nam o Twoich najblizszych planach.

Malgorzata Chomicz: W grudniu (2012) zapraszam na Międzynarodowe Biennale Grafiki w Centrum Wystawienniczym Rocca Paolina w Perugii, w którym biorę udział , a w przyszłym roku, na moją kolejną wystawę, której inicjatorem jest Stowarzyszenie Diego Donati w Perugii.

Polacy we Wloszech: Serdecznie dziekuje za wywiad.

Serdecznie zapraszamy na strony internetowe, z ktorych dowiecie sie wiecej o Malgosi:



Wszystkie zdjecia pochodza z archiwum Malgosi. Serdecznie dziekujemy za ich udostepnienie.

Wywiad z Malgorzata Chomicz przeprowadzila Aleksandra Seghi.

niedziela, 7 października 2012

Wywiad z Adą

Zapraszam na rozmowę z Adą:


Jesteś od niedawna autorką artykułów i prowadzisz blog na temat wychowania w wielokulturowej rodzinie, dlaczego akurat ten temat jest ci bliski?


Mieszkam we Włoszech od ponad 10 lat, przyjechałam tu niedługo po studiach, z głową pełną pomysłów i słabą znajomością włoskiego. Miałam szczęście do pracy z dziećmi, ominęły mnie trudności związane z pracą jako opiekunka do starszych osób (zawsze będę podziwiać osoby, które są w stanie wykonywać ten zawód tutaj).
Początkowo moja znajomość języka była słaba, próbowałam uczyć się sama, chodziłam na zakupy z listą rzeczy do kupienia zapisanych w dwóch językach, na spotkania z włoskimi żonami i przyjaciółkami kolegów mojego męża chodziłam ze słowniczkiem w torebce. Kiedy nadarzyła się pierwsza okazja, bo szukano opiekunki do 6 miesięcznego malucha – od razu się zgodziłam i od razu wpadłam jak śliwka w kompot – po pierwszym miesiącu pracy okazało się, że „pani włoska mama” nie bardzo chce mi płacić ustaloną sumę, ale za to chętnie trzymałaby mnie w domu od rana do wieczora, nie tyle do pracy przy dziecku ile do obowiązków zajmowania się domem.

Potem, kolejno, pracowałam z dzieckiem w wieku szkolnym i z dwiema dziewczynkami od ich 6 miesiąca życia przez ponad 3 lata. Praca z dziećmi uświadomiła mi, że problemy wielokulturowości między nimi w ogóle nie występują. Dla dzieci wszystkie dzieci są takie same – to dorośli stwarzają podziały, którym dzieci się podporządkowują.

Nie myślałaś o poszukaniu pracy we własnym zawodzie?  
Po kilku latach mojej obecności tutaj, stwierdziłam, że moja znajomość języka włoskiego jest na tyle dobra, że mogę spróbować szukać pracy w zawodzie pedagoga... Trudno opisać szok i moje sampoczucie po tym, jak się okazało, że to wcale nie takie proste. Musiałam pozałatwiać całą masę spraw i przetłumaczyć dokumenty, potem wysłać to do Rzymu... sprawy ciągną się do dziś. Nie mam do tego już cierpliwości. Boli mnie, że po tak wszechstronnym  przygotowaniu do roli wychowawcy i nauczyciela, jakie oferują nasze uniwersytety, włoskie urzędy oceniają nas jak do niczego nie nadające się zasoby ludzkie.

Pracując z maluchami, ciągle zastanawiałam się, jak to będzie kiedy w końcu będę miała mojego malucha. Zaczęłam szukać informacji na temat dwujęzyczności u dzieci i tak to się zaczęło, ale moją wiedzą na ten temat rzadko się z kimkolwiek dzieliłam, bo ludzie nie lubią jak się ich poucza. Wiadomości  zaczęłam wykorzystywać w praktyce, kiedy miałam okazję pracować z dziećmi i młodzieżą z różnych kultur dzięki współpracy z włoskim stowarzyszeniem prowadzącym zajęcia pozalekcyjne i w ośrodku poprawczo –wychowawczym.

Jako pedagog jak oceniłabyś działanie takich ośrodków wychowawczych we Włoszech?
Praca w ośrodku to trudny okres... Mam wiele do zarzucenia osobom, które prowadzą i nadzorują takie miejsca. Wychowawca w takim miejscu nie ma autorytetu, bo niepodzielnie rządzi w nim szefowa, pastwiąca się nad personelem w obecności wychowanków. Bulweroswało mnie,  że wszyscy wychowankowie byli prowadzani na msze do kościoła katolickiego, chociaż część z nich była wyznania prawosławnego. Kiedy kończylli 18 lat, wychodzili na ulicę, bez żadnego przygotowania do życia.

Tak więc postanowiłaś sama udzielać porad i konsultacji na łamach internetu...
Od czasu kiedy zostałam mamą, mój kontakt z dziećmi jest skierowany już w stronę dzieci pochodzenia polskiego, organizuję spotkania dla mam z dziećmi, podczas których rozmawiamy po polsku, bawiąc się z dziećmi. Po rozmowie i propozycji jaką złożyłam redakcji Naszego Świata, proponując serię artykułów na temat wychowania dzieci, narodziła się rubryka Nasze dzieci wg Mamy Ady a redakcja zasugerowała bym zaczęła od dwujęzyczności. Tak też się stało, a ponieważ mam tendencję do rozpisywania się, zaproponowano mi, bym stworzyła własny blog.



Jakie widzisz różnice w wychowywaniu dzieci w Polsce i we Włoszech?


Różnic jest co nie miara. Począwszy od sposobu w jaki dzieci się zwracają do osób dorosłych, poprzez dostępność do przedszkoli,  rolę babć i dziadków w wychowywaniu, sposobie ubierania i żywienia, spędzania wspólnie czasu.

Już podczas ciąży można zauwazyć różnice w żywieniu, przykłada się do tego inną wagę. U nas zwraca się ogromną uwagę na to co je kobieta karmiąca, tu je co chce. A że dziecko ma wysypkę – no to co – przecież mu minie. Kolka??? Na pewno nie dlatego, że mama się najadła grillowanego pikantnego mięsa przed karmieniem. Jeśli chodzi o żywienie starałam się jakoś pogodzić obie kuchnie, ale dziecko jest wybitnie „makaronolubne”.

We Włoszech dużo łatwiej zapisać dziecko do przedszkola, za które rodzice nie muszą płacić (mówię tu oczywiście o placówkach miejskich) – płaci się za jedzenie. Nie słyszałam, żeby ktoś się nie dostał do przedszkola, bez względu na to czy rodzice pracują czy nie. To sprawia, że nawet dzieci imigrantów, którzy są na co dzień wyizolowani, już od dziecka mają swoich kolegów, z którymi idą potem przez poszczególne szczeble edukacji. To jest na „plus” wg mnie.

Natomiast trudno mi zaakceptować fakt zwracania się dzieci na „ty” do osób dorosłych. Po prostu mi się to nie podoba – sprawia, że dla dzieci wszyscy są równi. Dziecko nie uczy się od początku szacunku do osób starszych. Czasem widzę rówieśników mojej córki traktujących swoich dziadków czy rodziców jak służących i nie spotyka się to z żadną reakcją dorosłych.

Rzadko zdarza się, żeby babcia i dziadek brali aktywny udział w wychowywaniu wnuków. Zwykle dziadkowie są „niedzielni”, czasem dzieci widują ich jeszcze rzadziej. Stąd brak więzi emocjonalnych między pokoleniami. A to z kolei sprawia, że dzieci są emocjonalnie ubogie. Jeśli oboje rodzice pracują, dziećmi zajmują się opiekunki, z którymi często dzieci spędzają więcej czasu niż z rodzicami.

Z uwagi na klimat zupełnie inaczej się tutaj podchodzi do spędzania przez dziecko wolnego czasu i ubioru. W Polsce dzieci pilnują się nawzajem, same bawią się na podwórkach, latem nawet na bosaka. Tutaj zawsze pod ręką musi być mamusia z butelką wody, czapeczką, chusteczką na szyję, jak zawieje wietrzyk. Mama dziecku wiąże buty w III klasie podstawówki! Rodzice noszą tornistry! Rodzice odrabiają lekcje z dziećmi! Dla mnie to jakaś paranoja! Jakby rodzic nie miał nic innego do roboty. Staram się uczyć moje dziecko samodzielności, nie wiem na ile mi się to uda, ale ten system absolutnie mi nie odpowiada.

I wreszcie jedzenie na stołówkach szkolnych. Przykładowe menu w podstawówce: I danie – makaron bez niczego lub z sosem pomidorowym do wyboru, II danie – jajko na twardo, sałata, do picia woda z kranu... Nasi polscy dietetycy pewnie złapaliby się za głowę!

A jak według ciebie radzą sobie polskie mamy we włoskich warunkach?
My jesteśmy Matki Polki! Potrafimy odnaleźć się w każdej sytuacji i dostosować do potrzeb innych. Myślę, że radzimy sobie całkiem nieźle, ale popadamy w depresje siedząc w domu, często jesteśmy wykształcone, ale nie potrafimy się odnaleźć na włoskim rynku pracy.

Poznałam całą masę polskich mam, w większości to fantastyczne kobiety, choć czasem żal serce ściska kiedy polska mama łamaną włoszczyzną mówi do swoich dzieci, nie znających ani słowa po polsku... Chyba nigdy tego nie zrozumiem. 

Myślę, że, biorąc pod uwagę sytuację, w której generalnie mamom we Włoszech trudno znaleźć pracę, jest cała masa polskich mam, które nie wiedzą co ze sobą zrobić, kiedy dzieci są w szkole czy przedszkolu. Jest już kilka miejsc na mapie Włoch, gdzie odbywają się spotkania dla polskich mam z dziećmi. Tworzenie takich miejsc, to sposób na codzienną nudę, na poznanie nowych osób, nowe możliwości. Sposób na stworzenie dziecku warunków wzrastania w poczuciu więzi z naszym krajem, możliwości komunikowania się z innymi dziećmi po polsku.

A jak to wygląda w praktyce? Jak i gdzie można takie spotkania grupowe zorganizować?

To łatwe i trudne. Łatwe, bo znalezienie Polaków w miejscu gdzie mieszkamy w dobie facebooka czy nk to dziecinnie proste. Trudne, bo wszelkie sprawy załatwiane we Włoszech wymagają nakładu czasu i cierpliwości.  Jeśli spotkania mają być nieformalne, wystarczy niewielka salka parafialna (np. po mszach polskich w pobliskim kościele) czy własne mieszkanie.  
Ale organizacja może się skomplikować, jeśli z 3 czy 4 mam zrobi się nam nagle 10  i 15 dzieci. Wtedy należałoby już zadbać o stronę prawną takich spotkań. Zachęcam do tworzenia  Stowarzyszeń czy Fundacji. Należy zacząć od zebrania kilku osób, które muszą tworzyć zarząd i komisję rewizyjną (najmniej 6 osób), następnie napisać statut, w którym ujmiemy wszystko to, co będziemy chcieli robić w ramach naszej organizacji. To są oczywiście koszty, które na początek musimy pokryć. Należy zwrócić się do Biura Rachunkowego (tutejszy commercialista) i do notariusza, oni zajmą się wszystkim, oczywiście nie za darmo.

Można również poszukać w pobliżu istniejącego już stowarzyszenia czy związku polonijnego i z nim realizować swój projekt.

Taka organizacja ma swoje dobre strony, bo szukając miejsca do wynajęcia na spotkania przedstawiamy się jako reprezentant jakiejś instytucji a nie osoba prywatna, a we Włoszech ma to duże znaczenie, również w kosztach wynajmu sal należących do urzędów miast.
Jeśli organizujemy coś dla dzieci, warto mieć zabawki, książeczki i inne materiały – to następne koszta, na które można jako stowarzyszenie wystąpić do innych instytucji. Ale przede wszystkim, musimy pamiętać o bezpieczeństwie naszych dzieci, zadbać o wykupienie polisy chroniącej nas od odpowiedzialności cywilnej. O tych sprawach będzie jeden z najbliższych moich postów na blogu i artykułów w Naszym Świecie.

Jak oceniasz sytuację polskich dzieci w wieku szkolnym we Włoszech?
Są miejsca we Włoszech, gdzie przyjeżdżają Polacy do prac sezonowych, po jakimś czasie stwierdzają, że chcą tu zostać, sprowadzają swoje dzieci w wieku szkolnym i udają, że nie ma żadnego problemu. Na chwilę obecną państwo włoskie zaniechało prac nad wprowadzeniem zawodu mediatora kulturowego, który jeszcze do niedawna pomagał takim dzieciom w zaadaptowaniu się w nowym środowisku. Teraz każdy musi sobie radzić sam. Najczęściej wygląda to tak, że dziecko przyjeżdża i obowiązkowo musi chodzić do szkoły, nie znając  języka. Traktowane jest jak piąte koło u wozu. Jeśli do tego pochodzi z rodziny, w której rodzice mają swoje życie i nie mają czasu dla dziecka, to wyobraźmy sobie jak czuje się ten mały człowiek. Naprawdę rzadko się zdarza, żeby rodzice przed przyjazdem tutaj zadbali o to, by dzieci poznały chociaż podstawy języka włoskiego.

Zdarza się i tak, że w ciągu roku szkolnego, nagle rodzic stwierdza, że nie ma tu czego szukać, zabiera dziecko i wraca z nim do Polski. Dziecko znowu idzie do szkoły, gdzie ma ogromne już braki i znowu przeżywa stres.

Są sposoby na to, by pomóc takim dzieciom. Istnieją szkoły polskie i polonijne, do których polskie dziecko powinno móc uczęszczać po to, by nie tracić nagle kontaktu z językiem i więzi kulturowych. Czasem stowarzyszenia polonijne prowadzą kursy języka włoskiego dla Polaków, otrzymują na to wsparcie z Regionu lub Prowincji w ramach dofinansowania projektów integracyjnych dla imigrantów. To są jednak możliwości, z których ludzie wożący swoje dzieci jak walizki, nie korzystają.

Ostatnio dużo się mówi o problemach w oświacie polonijnej i polskiej za granicą...
Ostatnio dużo się mówi... ale niewiele się robi. Winę za stan rzeczy MEN zrzuca na MSZ i odwrotnie. Urzędnicy zapominają, że są dzieci polskie za granicą, którym nasza Konstytucja gwarantuje równy i bezpłatny dostęp do edukacji.

Rodzą się konflikty (zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i Irlandii) pomiędzy szkołami społecznymi i MENowskimi. Społecznym zarzuca się, że są drogie i mają niewykwalifikowaną kadrę, że prowadzą je dorobkiewicze, ministerskim z kolei, że im za dobrze, że mają za dużo przywilei. Gdzie tu jest miejsce dla dzieci??

Każdy rodzic wolałby posłać dziecko do szkoły polskiej, za którą nie musiałby płacić. Problem w tym, że takich szkół jest za mało. W całych Włoszech są tylko 3 miasta, w których istnieje taka możliwość (choć słyszałam, że punkt w Bolonii ma za mało dzieci i nie spełnia już formalnych wymagań by być Szkolnym Punktem Konsultacyjnym podlegającym MEN). Jeśli ktoś mieszka na Sycylii musiałby wozić dziecko do Rzymu! Przecież to jakaś paranoja! Według mnie placówki polskie za granicą powinny wspierać placówki polonijne i wspólnie dążyć do tego, by jak najwięcej dzieci mogło z nich korzystać.

Placówkom polonijnym (społecznym) zarzuca się, że trzeba za nie płacić...Pomyślmy chwilę... Weźmy nasze rachunki za prąd, gaz i wodę. Sprawdźmy ile za to płacimy, a teraz postawmy się na miejscu osoby kierującej taką placówką społeczną. Musi wynająć sale, za które trzeba zapłacić. Szkołom MENowskim płaci MEN, szkołom społecznym teoretycznie pomaga MSZ poprzez konsulaty i inne instytucje, które też czerpią fundusze z MSZ. Mówię teoretycznie, bo w praktyce wygląda to tak, że pomoc jest niesystematyczna. Najpierw wielokrotnie należy płacić z własnej kieszeni, a dopiero potem, na podstawie rachunków występować o zwroty.

A jak oceniasz personel uczący w takich szkołach?
Nie zawsze osoba prowadząca placówkę jest też nauczycielem. Jeśli chcemy, żeby z dziećmi pracowała wykwalifikowana kadra nauczycielska, a w roku szkolnym był ciągle ten sam nauczyciel – trzeba mu zapewnić jakieś minimum socjalne, spisać umowę i płacić podatki od wynagrodzenia. Czasy są ciężkie dla wszystkich, jeżeli chcemy, żeby nauczyciele uprawiali wolontariat, poszukajmy im innej pracy, z której będą mogli żyć. Praca w szkołach sobotnich to trudna praca. Klasy niby niezbyt liczne, ale za to ile dzieci tyle poziomów znajomości języka. Godzin mało, więc i zarobki nieduże. Trudno otrzymać dofinansowanie na wynagrodzenie dla nauczyciela. W szkołach MENowskich tego problemu nie ma, w szkołach społecznych największa część opłat spada właśnie na rodziców.

A co na to sami rodzice?
Dużo się mówi o protestach rodziców dzieci uczęszczających do szkół przy ambasadach, do których doszły informacje, że je uspołecznią. Podobno taka jest tendencja, choć MEN twierdzi, że to nieprawda, i winę zrzuca na  MSZ. Ludzie się obawiają, że spadną na nich koszty utrzymania takiej szkoły, że nie będzie ich już stać na szkołę polską dla dziecka.
Solidaryzuję się z tymi rodzicami, podobnie jak i z rodzicami dzieci uczęszczających do szkół społecznych, uważam, że każde polskie dziecko powinno mieć równy i bezpłatny dostęp do nauki naszego języka. Apeluję do przedstawicieli rządu o to, by nie traktowali nauczycieli jak darmowych instrumentów do osiągnięcia swoich celów. Czasy „Siłaczki” dawno minęły, żeby żyć i przeżyć trzeba zarabiać. Jeśli dzieci mają mieć możliwość nauki języka polskiego za granicą, stwórzymy warunki ku temu, zachęcając wykwalifikowanych nauczycieli do pracy w zawodzie. Apeluję do placówek MENowskich do zaprzestania traktowania szkół społecznych jak konkurencji i docenienie ich wkładu w polską oświatę za granicą. Wszystkim nam powinno zależeć na dzieciach...

Dziękuję serdecznie za rozmowę.
Mnie również było bardzo miło, dziękuję za zaproszenie.

Rozmawiała Agnieszka B. Gorzkowska