Jesteście koleżankami ze szkoły? Takie papużki-nierozłączki
jak wy najczęściej znają się od
dzieciństwa.
DW: (śmiech) Wiele naszych znajomych
jest przekonanych, że znamy się od piaskownicy. Poznałyśmy się jednak we
Włoszech w 2001 roku. Obie przybyłyśmy do Włoch z powodów „sercowych”, jak to
zwykle bywa...
AM: Mieszkałam w Rzymie już od kilkunastu lat, dokładnie od 1995 r.
Ponieważ zawsze lubiłam mieć kontakt z rodakami udzielałam się społecznie w
Stowarzyszeniu Kulturalnym Comunità Polacca, założonym przez Teresę Dąbrowę,
Polkę, która wiele dobrego zrobiła dla Polaków w czasach, kiedy byliśmy „extracomunitari”.
DW:
Należę do pokolenia wychowanego w duchu kosmopolitycznym. W szkołach
przekonywano nas, że świat stoi przed nami otworem, grunt to uczyć się języków
i być dobrym w swoim zawodzie. Kiedy przyjechałam do Włoch myślałam, że będę
mogła przebierać w ofertach pracy. Miałam dyplom studiów wyższych i bogate CV,
znałam języki angielski, portugalski, niestety nie włoski)… Jak się jednak
okazało włoski rynek pracy jest bardzo hermetyczny. Mój dyplom bez
nostryfikacji był nic nie znaczącym papierkiem, poza tym nie miałam permesso di soggiorno…
Danuta Wojtaszczyk |
Po kilku miesiącach pracy w charakterze najpierw kelnerki, potem
sprzątaczki i babby sitter, na czarno
rzecz jasna, zaczęłam wpadać w depresję, nie wyobrażałam sobie przyszłości
tutaj.. Chociaż miałam nawet propozycję pracy w Radio Rai1, gdzie właśnie
zakładali stronę internetową i potrzebowali akurat kogoś z językami obcymi, ale
potem niestety nic z tego nie wyszło. Ponieważ jednak miałam już podpisaną
umowę-zlecenie, dali mi jakąś pracę techniczną, montaż audycji radiowych...,
niestety niezbyt nadawałam się do tej pracy, bo jeszcze wtedy nie znałam dobrze
włoskiego. Zaczęłam szukać kontaktu z tutejszą Polonią. Ucieszyłam się więc
bardzo, że w Rzymie istniała organizacja polonijna Comunità Polacca, która
udzielała pomocy praktycznej, do której ludzie przychodzili po informacje,
zamówić wizytę u polskiego lekarza, albo też zwyczajnie pobyć w towarzystwie
rodaków, pogadać o problemach... Tam poznałam Anię i można powiedzieć rozpoczęła
się nasza wspólna działalność społeczna.
AM: Prowadziłam w Comunità Polacca kurs j. włoskiego dla początkujących.
Pewnego dnia przyszła Danusia, która chciała poprowadzić inny kurs i była
ciekawa jaką ja uprawiam metodykę.
DW: Ponieważ prezes tego Stowarzyszenia zauważył, że ja też mam wyraźne
zacięcie do pracy społecznej na rzecz Polonii, zaproponował mi, aby poprowadzić
np. kurs angielskiego dla początkujących...
I tak zaczęła się wasza dozgonna przyjaźń?
DW i AM:
Miło nam się rozmawiało. Od razu wyczułyśmy, że mamy podobne spojrzenie na
świat, lubimy podobne rzeczy. Ale naprawdę zaprzyjaźniłyśmy się dopiero po
roku...
Na rzecz stowarzyszenia pracowałyśmy razem jakieś 3 miesiące, potem
miałyśmy coraz mniej czasu na spotykanie się, bo każda z nas miała różne dodatkowe
prace, żeby móc się jakoś utrzymać. Tym bardziej, że moja praca w Radio Rai1
zakończyła się i znów wysyłałam CV do różnych instytucji, min. do Fundacji
Rzymskiej im. Umiastowskiej.
Anna Malczewska |
AM: Fundacja Rzymska im. Umiastowskiej to biblioteka i wydawnictwo od
prawie wieku zajmującego się włoskimi Polonikami, wydaje leksykony, broszury,
itd. Współpracowałam z Fundacją od kilku lat. Robiłam mnóstwo ciekawych rzeczy
i dzięki Fundacji zebrałam spore doświadczenie zawodowe. Pewnego dnia prezes
Stanisław Morawski, wielce zasłużona postać dla Polonii włoskiej przyniósł CV Danusi.
Było to prawie rok po tym jak się poznałyśmy, ale w sumie dość szybko kontakt
się urwał, dlatego też kiedy zobaczyłam jej CV bardzo się ucieszyłam.
Zasugerowałam mu, żeby wziąć ją do pomocy w archiwum, tym bardziej, że to
dziewczyna po polonistyce.
DW: Wysłałam CV do Fundacji zupełnie nie pamiętając, że to miejsce, w
którym pracuje Ania. Wiedziałam, że to nie jest instytucja, w której można
znaleźć stałą pracę, ale ucieszyłabym się nawet z możliwości pracy na zlecenie,
no i przede wszystkim z możliwości poobcowania trochę z polskimi książkami…
Byłam mile zaskoczona, kiedy zadzwoniła do mnie Ania i zaprosiła mnie na
rozmowę z Panem Stanisławem Morawskim. Wcześniej oczywiście rozsyłałam CV po
rożnych polskich instytucjach w Rzymie, ale nie otrzymałam nigdy żadnej
odpowiedzi.
To właśnie Ani zawdzięczam moją pierwszą „normalną” pracę, tj. legalną i
mniej więcej w zawodzie. Ania od samego początku otoczyła mnie opieką jak
starsza siostra. Doradzała: „nawet jeśli teraz nie możesz dostać pracy, o
której marzysz, rób to co lubisz w wolnym czasie, dla własnej satysfakcji. I
kto wie, może kiedyś ktoś to dostrzeże i doceni….” To była najlepsza rada jaką
mogłam usłyszeć. Wzięłam ją sobie do serca. Tak naprawdę to tam bardzo zaprzyjaźniłyśmy
się, i odkryłyśmy, że obie mamy talent i zacięcie do organizowania różnych
imprez kulturalnych i rozwijania kontaktów polonijnych.
Spędzałyście wiele czasu ze
sobą także prywatnie?
DW i AM: Tak, nasze związki sentymentalne rozpadły się. A oprócz pracy w
Fundacji obie działałyśmy w
Stowarzyszeniu Comunità Polacca i Związku Polaków we Włoszech (ZPwW)
oraz redakcji Biuletynu Informacyjnego „Polonia Włoska”, wydawanego przez ZPwW.
Poza tym mieszkałyśmy niedaleko siebie. Już po kilku tygodniach znajomości
rozumiałyśmy się bez słów i snułyśmy plany, żeby rozkręcić jakiś własny
interes. Marzyła nam się księgarnia polska połączona z kawiarenką, w której
można by też organizować wystawę prac polskich artystów, stworzyć klub
dyskusyjny dla miłośników polskiej literatury i filmu, a nawet jakieś warsztaty
plastyczne dla polonijnych dzieci.
I udało Wam się spełnić to marzenie?
DW i AM : (śmiech) Udało nam się zorganizować kilka fajnych polonijnych
imprez, w tym wystaw polskich malarzy i rzeźbiarzy. Wszystko jednak w czynie
społecznym w ramach Comunità Polacca. Z czasem Ania została Prezesem a ja
Vice-prezesem. A projekt księgarnio-kawiarenki pozostał w naszej głowie i
sercach z powodu braku wystarczających środków finansowych i braku cierpliwości
do biurokracji, przez którą trzeba się przedrzeć, żeby założyć własną
działalność.
Czy odtąd wszystko dobrze już wam
się układało?
A propos’ szkoły polskiej w
Rzymie, czy młodzież polska napotyka duże trudności w nauce polskiego za
granicą?
DW: Dzieci chętnie się uczą, ale jeśli w domu nie rozmawia się z nimi po
polsku (zdarza się nawet wtedy gdy oboje rodziców są Polakami), to w starszych
klasach dzieci mają problemy z przeczytaniem i zrozumieniem lektur, takich jak
np. „Ogniem i mieczem”.
A jak to się stało, że trafiłyście do „Naszego Świata”?
DW: Do Fundacji przychodziłyśmy zaledwie na kilka godzin w tygodniu i tylko
dorywczo, tak więc często się mijałyśmy. Ania zaczęła się nawet poważnie
zastanawiać nad powrotem do Polski.
Próbowałam ją odwieźć od tego pomysłu, po pierwsze ponieważ była dla
mnie jak siostra i była jedyną osobą we Włoszech, na której mogłam w pełni
polegać. Poza tym uważałam, że po tym jak spędziła we Włoszech praktycznie
większą część swojego dorosłego życia, nie miałaby w kraju łatwego startu,
zwłaszcza zawodowego.
AM: Myślę, że bez Danusi nie poradziłabym sobie i będę jej dozgonnie
wdzięczna za to, że nie „pozwoliła” mi wyjechać z Włoch, bo po kilku miesiącach
okazało się, że nie tylko znalazłyśmy pracę, ale również, że będziemy ją
wykonywać wspólnie.
DW: Wtedy niespodziewanie w styczniu 2006 r. zadzwoniła do mnie Teresa
Dąbrowa z informacją, że wydawca Stranieri
in Italia poszukuje redaktora do gazety „Nasz Świat”, która ukazywała się
już od 2 lat we Włoszech. Wtedy nie znałyśmy dobrze tego tytułu, ale ucieszyłam
się, bo była to okazja znalezienia stałej pracy w moim zawodzie. Postanowiłam,
że na rozmowę z właścicielem musimy pójść razem z Anią i musimy go przekonać,
aby zatrudnił nas razem. Co prawda nie uprzedziłam, że przyjdę w towarzystwie,
więc wydawca był nieco zakłopotany. Zaczął od wyjaśnienia zakresu obowiązków i
warunków finansowych. – Jak widzicie, to
jest mała firma i potrzebuję tylko jednego pracownika - zakończył. Na co
bez zbędnego owijania w bawełnę odpowiedziałyśmy, że pracujemy w duecie, zatem nie ma możliwości
zatrudnienia tylko jednej z nas. Nie było mowy o innym rozwiązaniu, albo obie
albo żadna! Oczywiście, przedstawiłyśmy mu też szereg korzyści wynikających z
tego, że pracujemy wspólnie. Zaledwie kilka godzin po spotkaniu poinformowano
nas, że zostaniemy zatrudnione obie na pół etatu i na takich samych warunkach finansowych.
Pracę zaczęłyśmy następnego dnia.
To się nazywa siła przebicia! Ale
pół etatu to także rezygnacja z połowy pensji...
DW: Tak, ale tylko w ten sposób wyobrażałyśmy sobie dalszą pracę. Już wtedy
zdawałyśmy sobie sprawę, że razem mamy ogromny potencjał. W rezultacie to
dzięki naszemu duetowi „Nasz Swiat” odniósł szybko tak duży sukces. Jak
zaczynałyśmy miał bardzo mały nakład, a zaledwie po roku naszej pracy wzrósł do
17 tys. egzemplarzy. Od 2009 roku
istnieje także strona internetowa www.naszswiat.net, którą obie prowadzimy. Obecnie co miesiąc odwiedza ją
ponad 50 tys. internautów. A co do pensji, no cóż, każda z nas musiała sobie
jakoś jeszcze dorobić, Ania pracowała dodatkowo kilka godzin w firmie
windykacyjnej, a ja w szkole. A z czasem wydawca podpisał z nami umowy na czas
nieokreślony.
Tak więc wydawcy opłacił się ten
podwójny angaż...
DW: Nasz wydawca mówi, że ma z nami „skaranie boskie”, bo często jesteśmy
uparte i chcemy robić rzeczy po swojemu. A my mu tłumaczymy, że integracja to nie asymilacja i staramy się dbać o jakość informacji dla Polaków we
Włoszech.
A jak układa się wasza
współpraca medialna z instytucjami polskimi (Ambasadą, Konsulatami, Instytutem
Polskim w Rzymie...)?
DW i AM: Publikujemy bezpłatnie komunikaty nadsyłane przez instytucje
polskie we Włoszech. Cóż można powiedzieć, że jesteśmy wzajemnie skazani na współpracę.
Praca dziennikarska wiąże się z
dużym stresem i presją czasu. Zdarza Wam się kłócić w pracy lub prywatnie?
DW: My się nawet nie sprzeczamy. Oczywiście czasami działamy sobie na nerwy
… Ania jest żywiołowa, ekstrawertyczka, a ja introwertyczka, tak więc w sumie
uzupełniamy się...Tymczasem dla wielu osób jesteśmy „nierozróżnialne”, często
nas mylą. Przez jakiś czas używałyśmy nawet jednego telefonu komórkowego, i
każdy kto do nas dzwonił myślał, że rozmawia z jedną i tą samą osobą. A na
wszystkie imprezy oficjalne, zamiast osoby towarzyszącej w postaci męża,
przychodzimy często razem.
AM: Ja jestem osobą racjonalnie myślącą, dlatego może, że mam wykształcenie
ekonomiczne. Danusia będąc polonistką ma trochę głowę w chmurach. I to właśnie
ta mieszanka według mnie jest receptą na sukces, ponieważ kiedy Danusia wpada
na jakiś pomysł, ja umiem ją sprowadzić na ziemię, oznajmiając że nie będziemy
w stanie tego dokonać, bo nas po prostu nie stać. Innym razem to ona mnie
dopinguje do podjęcia ryzyka.
No,
właśnie, w końcu poukładały się także sprawy osobiste. Czy w życiu prywatnym
macie te same gusty? Czy też razem wybierałyście sobie mężów?
DW: (ha ha ha) nie, mamy różne gusty.
AM: Naszych życiowych partnerów wybierałyśmy same, ale Danusia musiała „zaakceptować”
mojego obecnego męża.
Na bazie waszych doświadczeń
zawodowych, co mogłybyście poradzić Polakom, którzy żyją tu i pracują?
DW: Wspólne działanie naprawdę sprawdza się w życiu i procentuje. Jeżeli
macie jakiś plan założenia własnego biznesu, to warto spróbować wspólnymi
siłami mając oparcie w innej osobie.
Życzę Wam dalszych sukcesów i
spełnienia marzeń (również tych o księgarni-kawiarence kulturalnej). Dziękuję
bardzo za rozmowę.
Przepiekny wywiad, obie panie sa wspaniale a ich przyjazn niesamowita!!
OdpowiedzUsuńDziekujemy bardzo i pozdrawiamy. Anna Malczewska i Danuta Wojtaszczyk
OdpowiedzUsuńSwietny wywiad i dajacy nadzieje innym osobom, ktore dopiero zaczynaja zycie na obczyznie i czuja sie troche zagubione. Dziekuje Wam Dziewczyny! :)
OdpowiedzUsuńGratuluje sukcesu, Pani Anno, Pani Danuto!
OdpowiedzUsuńGratuluje samozaparcia, wiary w siebie! To niezbedne cechy w zyciu, zwlaszcza na obczyznie!
Mnie ich brakuje, potrzeby i mozliwosci tez mam inne... Po wielu latach ciagle znajduje sie w punkcie wyjscia, depresja nie pomaga w trudnym marszu do przodu.....
Serdecznie pozdrawiam.
Grazyna
Witajcie,
OdpowiedzUsuńWreszcie poznałam waszą historię.
Dziękuję.
47 year old Systems Administrator II Leeland Becerra, hailing from Thornbury enjoys watching movies like "Swarm, The" and Acting. Took a trip to Abbey Church of Saint-Savin sur Gartempe and drives a Ferrari 250 SWB Competizione "SEFAC Hot Rod". przeczytaj
OdpowiedzUsuń